piątek, 15 marca 2013

Walka z bijatykami



Minęło wiele lat na przestrzeni, których przyglądałem się jak moje ukochane gry z dzieciństwa zostają przekładane na obraz filmowy. Z reguły jednak takie działania kończyły się fiaskiem. Dość wspomnieć o katastrofalnym Tekkenie, który jest przez ogromną ilość graczy uznawany za najlepszą bijatykę na konsole. W tym filmie zniszczono niemal wszystko z czym mógłby identyfikować się gracz. Fani byli zdruzgotani, Ja także.
Co do samych bijatyk, warto wspomnieć, że ratunkiem i swego rodzaju udanym wyjątkiem wśród ekranizacji tego typu gier może być pierwszy Mortal Kombat. Sam będąc wielkim fanem produktu Eda Boona i Johna Tobiasa, oczekiwałem od filmu naprawdę wiele. Co najważniejsze, nie rozczarowałem się. Klimat gry został wspaniale odwzorowany po przez odpowiednio wpasowane w „Smoczą serię” lokacje. Ponadto aktorzy zostali wyśmienicie dobrani do odegrania ról fikcyjnych postaci znanych z konsol i PC (Amiga itp.). Żaden z fanatyków „MK” nie jest sobie teraz w stanie wyobrazić Raydena bez Christophera Lamberta, czy Shang Tsunga nie odgrywanego przez Cary-Hiroyuki Tagawę.
Film zrobił swoje, spodobał się szerszemu gronu odbiorców. Nie można było niestety powiedzieć tego samego o jego kontynuacji pt: „Mortal Kombat Annihilation”, który został skrytykowany dosłownie przez wszystkich. Rozpoczynając od fanów gry i pierwszego filmu, kończąc na najzwyklejszych odbiorcach kina – niezwiązanych w żaden sposób z tytułem. Koszmarne dialogi, wysyp postaci, które znikają tak szybko jak się pojawiają oraz brak porządnej fabuły. To wszystko złożyło się na „MK: Unicestwienie” i było powodem zlinczowania go.
Czy zatem warto ekranizować gry (z gatunku bijatyk) mające sporą rzeszę zwolenników? Czy jest to niepotrzebne ryzyko? Czy jednak warto je podjąć, bo przecież czasem się udaje, jak w przypadku pierwszego Mortal Kombat…

Pure Evil

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz