Minęło wiele lat na przestrzeni,
których przyglądałem się jak moje ukochane gry z dzieciństwa zostają
przekładane na obraz filmowy. Z reguły jednak takie działania kończyły się
fiaskiem. Dość wspomnieć o katastrofalnym Tekkenie,
który jest przez ogromną ilość graczy uznawany za najlepszą bijatykę na
konsole. W tym filmie zniszczono niemal wszystko z czym mógłby identyfikować
się gracz. Fani byli zdruzgotani, Ja także.
Co do samych bijatyk, warto
wspomnieć, że ratunkiem i swego rodzaju udanym wyjątkiem wśród ekranizacji tego
typu gier może być pierwszy Mortal Kombat.
Sam będąc wielkim fanem produktu Eda
Boona i Johna Tobiasa,
oczekiwałem od filmu naprawdę wiele. Co najważniejsze, nie rozczarowałem się.
Klimat gry został wspaniale odwzorowany po przez odpowiednio wpasowane w „Smoczą
serię” lokacje. Ponadto aktorzy zostali wyśmienicie dobrani do odegrania ról
fikcyjnych postaci znanych z konsol i PC (Amiga itp.). Żaden z fanatyków „MK”
nie jest sobie teraz w stanie wyobrazić Raydena
bez Christophera Lamberta, czy Shang Tsunga nie odgrywanego przez Cary-Hiroyuki Tagawę.
Film zrobił swoje, spodobał się
szerszemu gronu odbiorców. Nie można było niestety powiedzieć tego samego o
jego kontynuacji pt: „Mortal Kombat Annihilation”, który został skrytykowany
dosłownie przez wszystkich. Rozpoczynając od fanów gry i pierwszego filmu,
kończąc na najzwyklejszych odbiorcach kina – niezwiązanych w żaden sposób z
tytułem. Koszmarne dialogi, wysyp postaci, które znikają tak szybko jak się
pojawiają oraz brak porządnej fabuły. To wszystko złożyło się na „MK:
Unicestwienie” i było powodem zlinczowania go.
Czy zatem warto ekranizować gry
(z gatunku bijatyk) mające sporą rzeszę zwolenników? Czy jest to niepotrzebne
ryzyko? Czy jednak warto je podjąć, bo przecież czasem się udaje, jak w
przypadku pierwszego Mortal Kombat…
Pure
Evil

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz